Gdzieś znalezione
Nadeszły gorące poranki, popołudnia, wieczory i noce.
Teraz spójrz mój drogi Czytelniku.
Czas: wszystkie gwiazdy rozsypały się już po niebie.
Miejsce: stara podłoga, zniszczona lada baru, kilka stołów i krzesła.
Tło: muzyka. Sam ją wybierz Czytelniku... Do okoliczności. I gustu. Muzyka? To i światło. Ogrzewające. Dym. Dym? To i ludzie. Ale, ale...
Główna bohaterka: czerwona sukienka, czerwone buty, czerwona szminka. W oczach węgiel. Chciałam powiedzieć "na". "Na oczach..."
Główny bohater: mógłby być nawet nagi, ale dbajmy o poprawność polityczną. Poza tym nie chcemy przyprawić konserwatywnych staruszek o zawał serca, prawda? A i co by panowie powiedzieli? On tak, a ona już nie? Ubierzmy go więc... Niech ma na sobie jeansy i czarną koszulę. O, powinien też mieć długie włosy upięte w kucyk. Czarne lub chociaż ciemnobrązowe.
Jeszcze tylko jakiś wątek... Drogi Czytelniku, myślę, że myślisz o tym samym co ja.
Preludium: najpierw wszedł odgłos jej obcasów uderzających o podłogę, później weszły jej ogromne oczy, następnie pełne, czerwone usta ("Do you love my lips?"), piersi, nogi, opadające na ramiona włosy koloru czarnego hebanu (bo jak wiadomo jest również zielony), prosty nos, może odrobinę zbyt długi, jednak urzekający, ciemna karnacja od włoskiego słońca na włoskim niebie, czekoladowy pieprzyk na jej dekolcie po lewej stronie i na końcu jej zapach. Dlaczego na końcu? Bo był ciężki. A dlaczego taka uroda, nie inna? Ponieważ, mój drogi Czytelniku, ja tak chcę. Chcesz inaczej? Pisz...
Widzisz jego oczy pochłaniające po kolei każdy kawałek jej ciała?
Wybrali się, niemal wskazując na siebie.
Ruch (teatr dwóch aktorów): igła jest zawsze skierowana na północ, liście zwrócone do słońca, a deszcz do ziemi. I teraz nie mogło być inaczej.
ON
Obserwował ją jakby była egzotycznym zwierzęciem. Rejestrował każdy jej ruch i zapisywał w pamięci. Zajął miejsce obserwatora. Był bezpieczny do momentu, kiedy jej szminka zostawiła ślad na szklance z płynnym złotem. Jego pewność siebie, jego całe poczucie bezpieczeństwa uderzyło o podłogę i rozbiło się na miliony kawałków. Jak szkło.
ONA
Beż żadnych myśli, bez cienia uczuć. W jednym tylko kierunku w jednym tylko celu. Zatrzymała się przy barze – był koniecznym przystankiem na drodze do mety.
Barman położył serwetkę złożoną ("na dwa") w kostkę na ciemnym drewnie, a na serwetce szklankę wypełnioną do połowy. Przyłożyła zimne szkło do ust, ale zamiast zapachu, smaku i pieczenia w gardle, poczuła coś, co sprawiło, że zapomniała już o kierunku, o celu, o tym, co robiła wcześniej i co miała jeszcze zrobić. Spojrzała przez ramię. Głowę trzymała wysoko.
ON
Nie mógł tego wytrzymać. Nie mógł tego znieść. Nie mógł tego przeżyć.
Jakim prawem? Jak ona śmie? Tylko niech nie przestaje...
Delikatny uśmiech był pewny siebie. Wzrok arogancki.
Pragnął ją ich jak najszybciej pozbawić i zachować dla siebie na zawsze.
ONI
Drogi Czytelniku, wyobraź sobie teraz dźwięk. Nie byle jaki. Skrzypienie szkła pod jej czerwonymi butami. Deptała po jego poczuciu bezpieczeństwa. Robiła to z wyrafinowaną premedytacją. Bezczelnie.
Przez całą wieczność nie drgnęła nawet o milimetr.
Opuściła powieki i przez rzęsy rzuciła spojrzenie na jego dłonie. Zauważył to.
Znów popatrzyła mu w oczy – przez niego. Odkrywając go. Poznając jego najgłębsze tajemnice. Poznając go od wewnątrz. On tak czuł. Czuł to.
Ale była nie fair. Nie pozwoliła na rewanż.
Znów zgrzytnęło szkło.
Przez chwilę myślał, że go dotknie. Chociaż palcami. Chociaż kawałkiem materiału jej sukienki...
"Tańcz mnie." Jej głos czołgał się po podłodze, powoli wspinał się w górę niosąc ze sobą falę gorąca, trafiając i rozbrzmiewając wilgotnym szeptem koło uszu.
Rozkazała, więc wstał.
Za jej ciałem, za jej zapachem, za jej głosem poszedłby w ogień. Chociaż nie był pewny, czy właśnie tego nie robi.
W ciemności. Z zawiązanymi oczami. Jak dzieci. Uczyli się swoich własnych ciał. Teraz było niewiele inaczej, a dało to nieskończoną różnicę. Dalej mieli zawiązane oczy, choć i tak otaczała ich ciemność, ale teraz cali zamienili się w dotyk, bo to nie siebie samych już poznawali.
Nie było ludzi, krzeseł, stołów, baru, podłogi, szarych od dymu ścian. To był już inny świat.
Z tęsknotą przylgnęli do siebie. Tęsknili całe życie. Pierwszy obcy dotyk, tak dobrze już znany, elektryzujący, jakby to nie były dwa ciała, tylko ograniczenia.
Początek zawsze jest niemal niewinny.
ONA
Położył dłonie na jej plecach, ale ona w przeciwieństwie do niego, nie dotykała go rękoma.
W jego niewielkim ukłonie, jej włosy były na kilka wiecznych sekund w powietrzu. W jednej wiecznej sekundzie objęła go za szyję. Odchyliła głowę do tyłu.
ON
I po raz pierwszy zamknęła oczy.
Kadencja: I to mógłby być już koniec tej historii. Mógłby. Czytelnik wyobraziłby sobie zakończenie. Takie jakie sam lubi, w zależności od tego, jak wyobraził sobie głównych bohaterów, zadając sobie pytania: skąd przyszli, jacy są, a co za tym idzie – jacy mogą się stać? Jednak jako osoba, która zdecydowała się zamienić tę historię w słowa, mam przywilej, a nawet pewne prawo, do zapisania dalszego ciągu.
ONA
Była tak zdecydowana, jak nigdy przedtem. Nigdy nie była aż tak świadoma tego, co się dzieje. Co się dzieje z nią, z jej ciałem, jakby mogła czuć nawet włosami. Ale to też nie tak. Czuła...
ONI
Czuli. Ich ciała żyły dwoma życiami: były te miejsca, które pulsowały od dotyku, były również te, które ożywały od pragnienia i zazdrości.
ON
Przez chwilę trwającą wieczność nie zauważył ciszy. Ciszy trwającej wieczność. Aż w końcu usłyszał. Choć nowa melodia już się tworzyła – magia uleciała. Jednak drżenie nie ustało. Spragnionych ust i reszty ciała w głębokim oddechu. Kolejne, jakby pierwsze, słowa. Powietrze też drżało. Spadł na niego ciężar ich piękna.
"Dobranoc. Do..." Uśmiech.
Został pozbawiony wszystkiego. Światło powróciło. Zimniejsze i ostre jak żyletka.
Koda: Nie mogąc wymazać z pamięci czarnych włosów, czarnych oczu, czerwonej szminki na uśmiechu i czerwonej sukienki, pamiętał codziennie przy tym samym barze, z tego samego drewna, przy tym samym świetle, wśród ludzi, stołów, krzeseł i dymu. Pamiętał pragnienie gdzieś znalezione.
Dwojga ludzi przyciąga siła o wiele silniejsza od grawitacji. Nikt nie wie jak to się dzieje. Nikt nie wierzy. Póki nie poczuje. Ale wtedy to już nie jest wiara, tylko wiedza.
A tych dwoje spadło z nieba.
Mój drogi czytelniku, to jest właśnie mój koniec. I o czym teraz myślisz?